Tego ranka nasza rodzina trzymała się razem, mając zaledwie nikłe nerwy. Moja matka ściskała w dłoni zmiętą chusteczkę, kołysząc się lekko, jakby była to jedyna kotwica, jaka jej pozostała. Mój szwagier wpatrywał się w podłogę, z zapadniętymi oczami po nieprzespanych nocach, a ja siedziałem otępiały, pogrążony w żałobie.
Nabożeństwo było dokładnie takie, jakiego życzyłaby sobie moja siostra Kendra – ciche, proste i bez przesady. W tle grała łagodna muzyka, alejka była usłana kwiatami, a nad kościołem panowała ciężka cisza. Myśleliśmy, że wiemy, co przyniesie ten dzień.
