„Więc mówisz, że Harlowowie wiedzieli, że tak naprawdę nie jesteście dziećmi?” – zapytała Brennan, zmuszona zrozumieć mechanizmy horroru, choć jakaś jej część pragnęła uciec. „Wiedzieli i nie obchodziło ich to” – odpowiedziała Rebecca, a jej głos zlał się z głosem Ruth w niesamowitej harmonii, sugerującej, że mówią o wspólnej świadomości. „W pewnym sensie tak”.
Ta część ich, która wciąż była racjonalna, która wciąż potrafiła jasno myśleć, zdała sobie sprawę, że coś jest z nami nie tak. Ale ta część, przytłoczona smutkiem i rozpaczą, pokonała tę racjonalność. Nauczyli się postrzegać nas jako prawdziwe dzieci. A my uczyliśmy się, obserwując ich. Nauczyliśmy się zachowywać bardziej po ludzku, z większą empatią oddawać się dziecięcym rytuałom. To był układ korzystny dla obu stron. Aż nagle zniknął.
Burmistrz Caldwell zerwał się na równe nogi, a jego krzesło żałośnie zaskrzypiało po podłodze. „To absurd. Te dzieci ewidentnie mają kłopoty, prawdopodobnie z powodu przemocy, jakiej doświadczyły z rąk Harlowów. Powinniśmy zakończyć to przesłuchanie i zabrać je do szpitala, do porządnego ośrodka psychiatrycznego, gdzie będą mogły się leczyć”. Ale dr Walsh uniósł rękę, blady, ale zdecydowany. „Zaczekaj, przestańmy. Musimy coś zrozumieć”. Odwrócił się z powrotem do Ruth. „Powiedziałaś »kim naprawdę jesteśmy«. Kim więc byśmy byli, Ruth? Gdybyśmy nie byli ludzkimi dziećmi, kim byśmy byli?”.
Pytanie zawisło w powietrzu jak dym i po raz pierwszy siedmioro dzieci wyglądało na niepewnych, jakby próbowały pojąć coś wykraczającego poza ich dziwną zbiorową inteligencję. Ruth mówiła powoli, ostrożnie, jakby próbowała przełożyć złożoną myśl na język pozbawiony odpowiedniego słownictwa. „Nie mamy nazwy na to, kim jesteśmy, przynajmniej nie w twoim języku. Tam, skąd pochodzimy, nazywano nas obserwatorami, uczniami, pustymi istotami, które wypełniają siebie. Istniejemy w przestrzeniach między rzeczami, w lukach, w których rzeczywistość nie ma precyzyjnego miejsca”.
Przyciąga nas ból, strata, pustka, którą śmierć wyryła w strukturze znajomego. Wślizgujemy się w te pustki i uczymy się. Obserwujemy, jak ludzie się komunikują, jak kochają, jak cierpią, jak udają, że wszystko jest w porządku, nawet gdy tak nie jest. Jesteśmy dobrymi obserwatorami, ale jeszcze niedoskonali. Dlatego potrzebujemy praktyki, dlatego potrzebujemy nauczycieli takich jak mama i tata. Każda rodzina, którą studiujemy, przybliża nas do perfekcji, do tego stopnia, że stajemy się tak bliscy, że możemy poruszać się po świecie niezauważeni, wypełniając pustkę po zmarłych dzieciach, zastępując te, których brakuje, stając się smutkiem, który nosimy w skąpych ubraniach i mówimy, że wciąż żyje.