Dzieci Harlowów odnaleziono w 1992 roku: to, co wydarzyło się później, zszokowało cały kraj.

Brennan uśmiechnęła się krzywo. „Na co czekasz, kochanie?” Jej usta wygięły się w coś, co wcale nie przypominało uśmiechu. „Więc zrozumiesz. Ale nie zrozumiesz. Nikt nigdy nie zrozumie. Tak to po prostu działa”.

Zanim Brennan zdążyła wymyślić jakąś tajemniczą odpowiedź, najmłodsze dziecko zrobiło krok naprzód: chłopiec, który nie mógł mieć więcej niż cztery lata. Jego ruchy były dziwne, zbyt drobne, jak marionetka na dobrze naoliwionych sznurkach. „Ćwiczyliśmy” – powiedział chłopiec, naśladując ton i rytm starszej dziewczynki. „Jesteśmy naprawdę dobrzy. Mama mówi, że jesteśmy prawie idealni. Chcesz nas zobaczyć?”

Bez odpowiedzi dzieci uśmiechnęły się jednocześnie. Ten uśmiech, identyczny jak poprzedni, z dokładnie tego samego kąta, trwał dokładnie trzy sekundy, zanim ich miny znów pociemniały. To była gra, uświadomiła sobie Brennan z przerażeniem. Zachowywały się jak ludzkie dzieci i nie radziły sobie z tym najlepiej. Musiała dostać się do tego domu. Musiała zobaczyć, co Harlowowie zrobili tym dzieciom.

Droga ze stodoły do ​​domu zdawała się ciągnąć kilometrami, a nie metrami. Dzieci podążały za nimi bez pytania, idąc gęsiego, ich kroki były skoordynowane w sposób, jakiego nigdy nie osiąga naturalny ludzki ruch. Morris trzymał się blisko Brennana, z ręką na rewolwerze, choć żadne z nich nie potrafiło powiedzieć, jaką rolę w panującym chaosie może pełnić broń.

Drzwi wejściowe były uchylone. Wewnątrz dom był nieskazitelny, co, jak się okazało, tylko pogarszało sytuację. Podłogi lśniły, meble były schludne, a na żadnej powierzchni nie było ani odrobiny kurzu. Przypominał raczej scenę niż salon. W salonie dwie postacie siedziały na wysokich stołkach, zwrócone twarzą do okna. „Panie i pani Harlow” – pomyślała Brennan, choć widziała tylko ich plecy. Żadna z nich nie poruszyła się, gdy grupa weszła.

„Panie Harlow, pani Harlow, tu zastępca szeryfa Brennan. Musimy porozmawiać o tych dzieciach”. Cisza. Brennan okrążyła siedzącą parę i instynktownie wyciągnęła pistolet. Harlowowie nie żyli. Sądząc po stanie ich ciał, musieli być martwi od jakiegoś czasu, choć mróz jakimś sposobem ich ocalił. Leżeli w fotelach, z dłońmi splecionymi na kolanach, z twarzami zwróconymi w stronę okna, jakby czekali na kogoś, kto nigdy się nie pojawi.