Rozległ się głos Morrisy. „Stoją tam od dwóch godzin, szeryfie. Nie ruszyli się. Nie powiedzieli ani słowa. Nie odpowiadają na żadne pytania. Wygląda na to, że na coś czekają”. Brennan podszedł powoli, jego buty chrzęściły na słomianej podłodze. „Dzieci” – powiedział cicho. „Jestem szeryf Brennan. Jesteśmy tu, żeby wam pomóc. Czy możecie mi powiedzieć, jak się nazywacie?” Nic, nawet mrugnięcie. Spróbował ponownie. „Gdzie są wasi rodzice? Gdzie są Harlowowie?”
Na dźwięk tego imienia coś się zmieniło, nie w ich wyrazach twarzy, które pozostały dziwnie neutralne, ale w samej ciszy. Zrobiło się ciężej, bardziej wyczekująco. Starsza dziewczyna, o ciemnych włosach, która byłaby piękna, gdyby miała czyste włosy, lekko skinęła głową w lewo. Kiedy się odezwał, jego głos nabrał dziwnej melodii, która nie pasowała do słów: „Mama i tata są w domu. Oni też na nas czekają. Teraz wszystko jest zawieszone”.