W drodze do domu milczeliśmy. Dopiero przy naszym bloku, na parkingu, kiedy Wojciech wyłączył silnik i siedział z rękami na kierownicy, powiedziałam:
– Wojtek, musisz z nią porozmawiać. To niesprawiedliwe. Piętnaście lat pomagaliśmy. Dariusz nie dał ani złotówki.
Spojrzał na mnie i odpowiedział cicho, ale twardo:
– Nie rób scen, Renata. To jej mieszkanie i jej decyzja.
Nie rób scen. Trzy słowa, które spadły na mnie jak policzek. Nie rób scen – jakbym to ja była problemem. Jakby piętnaście lat noszenia zakupów, wożenia do lekarzy, przelewania pieniędzy było sceną, którą teraz powinnam grzecznie zakończyć i wyjść z sali.
Przez kolejne tygodnie funkcjonowałam normalnie. Chodziłam do pracy, robiłam kolacje, rozmawiałam z synami. Ale coś się we mnie przesunęło. Jak mebel, który stoi na swoim miejscu dwadzieścia lat, a potem ktoś go przesuwa o centymetr – i nagle widać ślad na podłodze, brud, którego wcześniej nie było widać.
Zaczęłam liczyć. Nie z zemsty – z potrzeby, żeby zobaczyć to na papierze. Otworzyłam historię przelewów, porównałam rachunki. Nie doszłam do dokładnej kwoty, ale szacunkowo – przez piętnaście lat przeznaczyliśmy na teściów tyle, ile kosztowałoby małe mieszkanie na obrzeżach Bydgoszczy. Tyle, ile mielibyśmy odłożone na remont naszego mieszkania, na który wciąż czekaliśmy.
Pokazałam Wojciechowi wydruki z konta. Spojrzał, odłożył i powiedział:
– I co chcesz teraz? Żeby matka oddała mi pieniądze? To była pomoc, nie inwestycja.