Przez piętnaście lat dokładałam się do rachunków teściów – prąd, gaz, leki, jedzenie. Gdyby ktoś powiedział mi dziesięć lat temu, że będę stała w kuchni z kalkulatorem i liczyła, ile pieniędzy włożyłam w cudze mieszkanie – roześmiałabym się.
Bo wtedy jeszcze wierzyłam, że rodzina to nie księgowość. Że nie trzeba prowadzić rachunków, żeby być sprawiedliwie traktowaną.
