Tego ranka wszystko wyglądało zwyczajnie. Razem z naszym pięcioletnim synem zawiozłam męża na lotnisko — miał wylot służbowy, krótka delegacja, nic nadzwyczajnego. Na pożegnanie uśmiechnął się, ucałował nas i zapewnił, że zadzwoni od razu po lądowaniu. Kiwnęłam głową, życząc mu spokojnej podróży, a potem wróciliśmy do samochodu, żeby ruszyć do domu.
Już miałam przekręcić kluczyk w stacyjce, gdy poczułam delikatne szarpnięcie za rękaw. Syn spojrzał na mnie z powagą, której nie spodziewałam się po tak małym dziecku.
