Agnieszka patrzyła na Piotra z dołu do góry
Odwrócił się, chwycił plecak i ruszył w stronę wyjścia. — Zostaw klucze — powiedziała Agnieszka. — Co?! — Klucze. Od mieszkania. I samochód też nie jest twój. Obrócił się gwałtownie, twarz mu się wykrzywiła.
— Ty chyba oszalałaś?! — Nie. Po prostu przypomniałam sobie, na kogo jest mieszkanie i na kogo zarejestrowany samochód. Klucze. Teraz. Przez kilka sekund patrzyli na siebie w milczeniu. W końcu Piotr z wściekłością wyciągnął pęk kluczy z kieszeni i rzucił je na łóżko. — Jeszcze tego pożałujesz — rzucił. — Zostaniesz sama. Nikomu taka chora nie jesteś potrzebna. — Sobie jestem — odpowiedziała. Trzasnął drzwiami tak, że zadrżały ściany.
Gdy rozległ się dzwonek do drzwi, Agnieszka siedziała już oparta o wezgłowie łóżka, owinięta kocem. Lekarz i ratownik działali szybko i sprawnie. Temperatura, puls, ciśnienie. — Dlaczego wcześniej pani nie wezwała pomocy? — zapytał lekarz z naganą w głosie. Agnieszka słabo się uśmiechnęła. — Tłumaczono mi, że łopata leczy lepiej niż antybiotyki. Pół godziny później leżała w karetce. Za zaparowaną szybą przesuwały się szare domy, mokre drzewa, obcy ludzie. Ogarniało ją zmęczenie, ale w środku było dziwnie lekko — jakby zrzuciła z siebie coś ciężkiego, co dusiło ją latami.