Sprzedałam swoje mieszkanie i zamieszkałam z synem. Umowa była prosta – ja pomagam z wnukami, on zapewnia mi dach nad głową. Po dwóch latach syn się rozwodził

Pierwsze miesiące były dobre. Gotowałam obiady, odbierałam Zuzię, chodziłam z Olkiem na plac zabaw. Patrycja wracała z apteki o piątej i mogła odpocząć. Damian w trasie był spokojniejszy, bo wiedział, że w domu jest porządek. Miałam swój pokój – ten mniejszy, przy kuchni – z tapczanem, szafką i zdjęciem Romka na parapecie.

Ale gdzieś po roku zaczęłam zauważać rzeczy, których wolałabym nie widzieć. Patrycja, która kiedyś mówiła do mnie “mamo”, przeszła na “proszę pani”. Damian, który dzwonił codziennie z trasy, zaczął dzwonić co trzeci dzień. Wieczorami, kiedy oboje byli w domu, rozmawiali ściszonymi głosami w sypialni. Albo nie rozmawiali wcale.

Pewnego wieczoru Zuzia przyszła do mojego pokoju i powiedziała: “Babciu, tata i mama się kłócą, bo tata za dużo jeździ”. Serce mi się ścisnęło, ale pomyślałam – każde małżeństwo ma kryzysy. Moje z Romkiem też miało. Przejdzie.

Nie przeszło.

Damian wrócił z trasy w środę, w lutym. Zwykle odstawiał torbę w przedpokoju i szedł pod prysznic. Tym razem usiadł w kuchni naprzeciwko mnie i powiedział cicho: “Mamo, my się z Patrycją rozwodzimy”. Patrzył w blat stołu, nie na mnie. Ten nowy blat, za który zapłaciłam.

Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo Patrycja weszła do kuchni. Stała w drzwiach z rękami skrzyżowanymi na piersiach i powiedziała tonem, którego nigdy wcześniej od niej nie słyszałam: “Damian wyprowadza się w przyszłym tygodniu.