Akt notarialny mama podpisała w październiku. Darowizna. Dariusz przyjechał z notariuszem z Warszawy. Nawet mnie nie uprzedził – dowiedziałam się od mamy tydzień później, przy niedzielnym obiedzie. Powiedziała to tak, jakby mówiła o wizycie u fryzjera.
Wiesław widział, jak bardzo to mną wstrząsnęło. Wieczorem powiedział cicho – zostaw to, Renata. Mama żyje, działka jest, nie warto się kłócić. Może miał rację. Może powinnam była bardziej walczyć.
Mama zachorowała na początku listopada. Zapalenie płuc, potem powikłania, szpital, intensywna terapia. Dariusz przyjechał raz, na dwie godziny. Ja spałam na krześle obok jej łóżka przez trzy tygodnie. Kiedy wychodziłam na korytarz po kawę z automatu, modliłam się, żeby nie usłyszeć alarmu za plecami.
Pochowaliśmy mamę piątego grudnia. Na pogrzebie Dariusz stał z pochyloną głową i ściskał w ręku białą różę. Wyglądał na poruszonego. Ludzie podchodzili, mówili, jaki dobry syn, jak mamę kochał. Stałam obok i milczałam.
Po pogrzebie Dariusz został na jeden dzień. Powiedział, że musimy jeszcze porozmawiać o mieszkaniu mamy, o rzeczach. Że nie ma pośpiechu. Że wróci po Nowym Roku.
Ogłoszenie znalazłam dwudziestego trzeciego stycznia. Córka przysłała mi link – napisała tylko: mamo, to chyba babci działka?
Otworzyłam stronę i zobaczyłam zdjęcia, które znałam lepiej niż własną twarz. Jabłoń, którą tata posadził w dziewięćdziesiątym czwartym. Altanka, w której mama piła herbatę z cytryną.
Grządki z truskawkami, przykryte na zimę słomą – moją słomą, bo to ja je przykrywałam co październik. Opis profesjonalny, suchy – metraż, media, dojazd. Cena, od której zakręciło mi się w głowie.
Zadzwoniłam do Dariusza. Tym razem odebrał od razu.