W wieku dziewięćdziesięciu lat niewiele mam już do udowodnienia. Lustro ukazuje twarz naznaczoną zmarszczkami czasu, ale za tymi zmarszczkami kryje się człowiek, który dźwigał ciężar zarówno sukcesu, jak i samotności. Nazywam się Edmund Kavanagh. Przez siedemdziesiąt lat budowałem to, co wielu nazywało dumą Illinois – sklep spożywczy Kavanagh Grocers. Zaczęło się od pojedynczego sklepu na cichej ulicy, gdzie własnoręcznie układałem brzoskwinie w puszkach i witałem każdego klienta po imieniu.
Kiedy imperium rosło, powtarzałem sobie, że to szczęście. Zanim skończyłem osiemdziesiąt lat, mój podpis widniał na każdej umowie, na każdej umowie najmu sklepu, na każdym uśmiechniętym billboardzie. Jednak gdy światła przygasły i dzień dobiegł końca, wróciłem do pustego domu, gdzie cisza ciążyła mi bardziej niż jakakolwiek odpowiedzialność. Moja żona, Helen, odeszła dawno temu. Nigdy nie mieliśmy dzieci. Jaki sens miało królestwo, jeśli nikt nie czekał u bram?
