Wieczór był tak zwyczajny, że wydawał się niemal kruchy, jak szkło, które może się roztrzaskać, jeśli będę się w nie zbyt długo wpatrywać. Zmywałam ostatnie naczynia w małej kuchni naszego ceglanego domu w St. Albans. Mój syn, Oliver, grał w gry planszowe z dziećmi sąsiadów, a mój mąż, Gregory, wyszedł po zakupy. W domu panowała cisza, zakłócana jedynie cichym szumem kranu i tykaniem starego zegara nad drzwiami spiżarni.
Właśnie w tej ciszy to poczułam. Ktoś stał za mną. Odwróciłam się szybko, woda kapała mi z rąk. Mój teść, Leonard, był tam. Miał bladą twarz, a oczy niespokojne jak u ściganego zwierzęcia.
