Myłam zęby, gotowa wpełznąć do łóżka, gdy nagle usłyszałam ten dźwięk. Niepowtarzalny warkot naszej wiekowej kosiarki. Tyle że… to nie my jej używaliśmy.
Wyjrzałam przez okno i zobaczyłam ją. Sabina – nasza sąsiadka – sunąca po naszym trawniku o północy, w kwiecistej sukience letniej, sandałach na koturnie i okularach przeciwsłonecznych, jakby było słoneczne popołudnie. Ulica była cicha, księżyc rozlewał się po niej, gdy przecinała ulice idealnie prostymi liniami.
