Starsza kobieta, po odsiedzeniu wyroku, wróciła, szukając schronienia w domu syna… ale on zatrzasnął jej drzwi przed nosem. Sprawiedliwość wkrótce go dopadnie.
Kur długiej podróży, szorstki i szary, przywarł do jej skóry, zmieszany z potem wyczerpania, przemieniając się w niewidzialny, lecz nie do zniesienia ciężar. Autobus wydał ostatni ryk i ruszył, zostawiając ją samą na opustoszałym przystanku na obrzeżach Toledo. Powietrze pachniało absyntem, dojrzałą pszenicą i odległym dymem palonego drewna: pradawnym, znajomym aromatem, tak bliskim, że aż łzy napłynęły jej do oczu. Pięć lat. Dokładnie pięć lat, dwa miesiące i siedemnaście dni, podczas których jej płuca nie oddychały tym powietrzem. Tylko stęchły smród celi, krzyki strażników i skrzypienie zamków.
Isabel zrobiła krok, potem kolejny, opierając się o stary płot z gałęzi. „To mój świat”, pomyślała. Świat, któremu poświęciła pięć lat swojego życia. Jej wzrok zamglił się przed zmęczonymi oczami, ale przycisnęła palce do szorstkiego drewna i otworzyła powieki.
