Są noce, które zmieniają życie bez ostrzeżenia. Ta zaczyna się na izbie przyjęć, z młodą pielęgniarką wciąż pełną wątpliwości, i trwa trzynaście lat później, przy telefonie leżącym na stole. Między nimi: dziecko, teraz nastolatek, i więź tak silna, że żadne objawienie nie mogło jej zerwać… a przynajmniej tak nam się wydaje.
Kiedy wszystko zmienia się w jedną noc

Wtedy dopiero zaczynałam karierę. Wciąż miałam w sobie tę mieszankę entuzjazmu i nerwów, która każe wszystko dokładnie sprawdzać. Tej nocy późnym wieczorem ktoś zgłosił poważny wypadek samochodowy z udziałem rodziny. Atmosfera była napięta, ruchy precyzyjne, niemal mechaniczne. Potem zapadła ciężka cisza, a przede wszystkim to spojrzenie: spojrzenie trzyletniej dziewczynki, samotnej, zagubionej, otulonej zbyt cienką koszulką.
Bez namysłu podeszłam. Przylgnęła do mnie, jakbym była jej jedyną kotwicą. W tamtej chwili nie byłam już tylko opiekunką: byłam kojącą obecnością. Jedna noc powinna wystarczyć, powiedziano mi. Tylko jedna.