— Czy wy w ogóle macie sumienie?! Przecież kupiłam te produkty na święto dla dzieci!


— Podniosła głos. — A jutro mamy sześciu gości! SZEŚCIU, Tomaszu! — Porozmawiam z nimi… — mruknął. — Kiedy? — uśmiechnęła się gorzko. — Gdy znowu staną na podjeździe? Poszła do sypialni i zamknęła drzwi. Miała wrażenie, jakby krzyczała w pustkę. Zmęczenie spadło na nią falą — głębokie, stare, zbierane latami. Następnego dnia Maria obudziła się o szóstej rano. Nie przez budzik — przez niepokój. Po cichu zebrała się i pojechała do sklepu. Kupowała szybko, mechanicznie, licząc pieniądze i w myślach powtarzając: oby dziś nie przyjechali… tylko nie dziś…