Zięć zaproponował, żebym przeniosła się do domu opieki – “bo tam będą się panią lepiej zajmować”. Czekałam, aż córka się odezwie, zaprotestuje, powie coś

Spojrzałam na córkę. Siedziała z opuszczonym wzrokiem i obracała obrączkę na palcu.

– Pani zdrowie nas niepokoi – ciągnął Dariusz. – Ten upadek, nadgarstek, no i sama pani wie, mieszkanie na trzecim piętrze bez windy, to nie jest optymalne rozwiązanie.

Optymalne rozwiązanie. Mówił o moim domu – o mieszkaniu, w którym wychowałam Marzenę, w którym umarł Staszek, w którym każdy mebel ma swoją historię – jak o „rozwiązaniu”.

– Jest taki ośrodek pod Mrągowem. Bardzo dobry standard, opieka całodobowa, lekarz na miejscu. Bo tam będą się panią lepiej zajmować niż pani sama.

Cisza. Zegar na ścianie tykał tak głośno, jakby ktoś podkręcił mu dźwięk.

Czekałam. Patrzyłam na Marzenę i czekałam. Jedno słowo. Jedno „tato, przesadzasz” albo „mamo, to nie tak” albo choćby „porozmawiajmy o tym spokojnie”. Cokolwiek.

Marzena wstała od stołu. Zebrała talerze. Podeszła do zlewu i odkręciła wodę.

I wtedy zrozumiałam, że to nie jest pomysł Dariusza. To znaczy – słowa były jego. Ale ta kolacja, serwetki, kieliszki, pieczeń – to było przygotowane. Przez nią. Ona wiedziała. Wiedziała i się zgodziła. A teraz zmywała naczynia, żeby nie musieć patrzeć mi w oczy.