Marzena przyjechała następnego dnia z torbą zakupów i miną, jakbym miała co najmniej raka. Chodziła po moim mieszkaniu, zaglądała do lodówki, sprawdzała, czy mam czyste ręczniki. Znałam tę jej minę od dziecka – zaciskała usta dokładnie tak jak jej ojciec, mój Stanisław, kiedy się martwił, ale nie chciał tego okazać.
Zięć zaproponował, żebym przeniosła się do domu opieki – “bo tam będą się panią lepiej zajmować”. Czekałam, aż córka się odezwie, zaprotestuje, powie coś
