Sprzedałam swoje mieszkanie i zamieszkałam z synem. Umowa była prosta – ja pomagam z wnukami, on zapewnia mi dach nad głową. Po dwóch latach syn się rozwodził

Siedzę teraz w tej kawalerce Damiana i patrzę na swoje dwie walizki. Cały mój dobytek po sześćdziesięciu czterech latach życia – dwie walizki, zdjęcie Romka i szydełkowa serwetka, którą zabrałam z tamtego mieszkania na Młynarskiej. Tego, które kiedyś było moje.

Zuzia dzwoni codziennie. Mówi “babciu, kiedy wrócisz?”. Olek w tle krzyczy “baba!”. Nie wiem, co im odpowiedzieć. Nie wiem, co odpowiedzieć sobie.

Damian mówi, że mu przykro. Że nie przewidział. Że to wszystko jakoś się ułoży. Mówi to tym samym tonem, którym kiedyś mówił “mamo, sprzedaj mieszkanie, będziemy razem”. I ja mu znowu wierzę – bo co mi zostało, jeśli nie wiara we własnego syna?

Ale nocami, kiedy nie mogę zasnąć, myślę o jednym: że umowy rodzinne, te niepisane, ustne, na zaufanie – to najkruchsze umowy na świecie. I że miłość do wnuków nie zastąpi aktu notarialnego na własne cztery ściany.