Kiedy w końcu dostałam pełną historię, usiadłam w samochodzie na parkingu przed bankiem i przeglądałam strona po stronie. Przelewy zaczynały się w lutym dwie tysiące dziewiątego. Czterdzieści lat wcześniej – nie, piętnaście. Piętnaście lat, co miesiąc, bez jednej przerwy. Nawet wtedy, kiedy ledwo wiązaliśmy koniec z końcem po remoncie dachu. Nawet wtedy, kiedy pożyczaliśmy od Agaty na opłaty.
Po śmierci męża okazało się, że miał drugie konto, o którym nie wiedziałam. Nie chodziło nawet o pieniądze. Chodziło o przelewy: co miesiąc, od piętnastu lat, ta sama kwota, na to samo nazwisko
