Po rozwodzie były mąż zamieszkał z nową partnerką w naszym wspólnym mieszkaniu. Tymczasem ja wynajmuję kawalerkę za pieniądze, które ledwo zostają z emerytury

Gdyby ktoś mi powiedział dziesięć lat temu, że będę stała na klatce schodowej obcego bloku, szukając w torebce kluczy do wynajętej kawalerki na czwartym piętrze bez windy – roześmiałabym się.

Albo rozpłakała. Trudno powiedzieć, co jest gorsze – nie przewidzieć czegoś takiego, czy wiedzieć, że sami do tego doprowadziliśmy.

Właściwie to nie sami. To Jerzy doprowadził.

Trzydzieści lat wspólnego życia zmieściło się w trzech kartonach, które zabrałam z mieszkania przy Słowackiego. Trzy kartony – tyle zostało po trzech dekadach. Resztę zostawiłam, bo przecież nie miałam gdzie tego wziąć.

Kawalerka na Gołębiowie, dwadzieścia osiem metrów, kuchnia z okienkiem, łazienka tak mała, że kolana dotykają drzwi. Za tysiąc trzysta złotych miesięcznie. Z emerytury po dwudziestu siedmiu latach w wydziale geodezji radomskiego urzędu miasta zostawało mi potem na jedzenie, leki i rachunki. I na nic więcej.

A Jerzy? Jerzy mieszkał w naszym trzypokojowym mieszkaniu z Moniką. Tą samą Moniką, którą poznał na rehabilitacji kolana. Miała pięćdziesiąt lat, jasne włosy i – jak to ujęła moja córka Agnieszka – zero wstydu.