Agnieszka opowiadała spokojnie, bez pośpiechu. Poznała tatę osiem lat temu na turnusie rehabilitacyjnym w Ciechocinku. On po zawale, ona po operacji biodra. Rozmawiali, spacerowali, wymienili się numerami telefonów.
Potem tata zaczął jeździć nad jezioro – najpierw raz na kilka miesięcy, potem częściej. Agnieszka była wdową, bezdzietną, samotną. Tata też był samotny – inaczej niż ja to widziałam.
– Pani ojciec mówił o paniach z dumą – powiedziała Agnieszka, nalewając herbatę. – O pani, że jest odpowiedzialna. O Grzegorzu, że ma złote serce. Ale mówił też, że się wstydzi.
– Czego? – zapytałam.
– Że jest szczęśliwy. Że po śmierci żony znalazł kogoś. Bał się, że panie go osądzą. Że powie pani, a pani się obrazi na niego. Że powie Grzegorzowi, a Grzegorz poczuje, że zdradził pamięć mamy.
Siedziałam w tym obcym domu i patrzyłam na okulary ojca na parapecie. Przez osiem lat tata miał kogoś bliskiego, kogoś, kto go rozumiał – i nie powiedział mi ani słowa. Nie dlatego, że mi nie ufał. Dlatego, że się bał. Bał się, że córka, która zmienia mu pościel i trzyma za rękę, nie zrozumie, że jej ojciec potrzebuje czegoś więcej niż opieki.
Agnieszka nie chciała mieszkania. Powiedziała to od razu, bez ceregieli.
– Nie potrzebuję pana Stanisława majątku. Potrzebowałam pana Stanisława. Ale on był uparty. Chciał mi coś zostawić, bo mówił, że za życia nie potrafił dać mi wystarczająco dużo.