Nie wiedziałam, czy powinnam się śmiać, czy płakać, więc zrobiłam obie rzeczy naraz. Mateo objął mnie ramieniem i przyciągnął do siebie, a ja poczułam ciepło, którego brakowało mi całe życie.
— Chciałem, żebyś uwierzyła w siebie — powiedział, głaszcząc mnie po plecach. — Nie w to, co mówią inni. Nie w fałsz, który ci wmawiali od dziecka.
W pokoju była cisza, poza szelestem moich oddechów i delikatnym tykaniem zegara. W końcu odważyłam się spojrzeć mu w oczy. Jasne, pełne prawdy i czułości. Nie było w nich litości, tylko… akceptacja.
— Mateusz… — zadrżał mi głos. — To znaczy, że wszystko, co mówiła moja rodzina… wszystko, co myślałam, że wiem o sobie… to kłamstwa?
— Tak. Ale teraz możesz zacząć od nowa — odpowiedział. — Od teraz to ty decydujesz. Twoje ciało, twarz, życie… wszystko.
Wtedy poczułam, jak ciężar, który nosiłam całe życie, zaczyna topnieć. Jakby ktoś zdjął z moich barków olbrzymi kamień. Pamiętałam wszystkie spojrzenia, komentarze, ukradkowe szeptania… i nagle przestały mieć znaczenie. Bo Mateo patrzył na mnie inaczej. Jak na człowieka. Jak na kobietę, której nikt nigdy nie pozwolił być sobą.
— Więc… — próbowałam ułożyć myśli. — Więc nie jestem potworem?
←PoprzedniNastępny→