Marzena przyjechała następnego dnia z torbą zakupów i miną, jakbym miała co najmniej raka. Chodziła po moim mieszkaniu, zaglądała do lodówki, sprawdzała, czy mam czyste ręczniki. Znałam tę jej minę od dziecka – zaciskała usta dokładnie tak jak jej ojciec, mój Stanisław, kiedy się martwił, ale nie chciał tego okazać.
Przez pięć lat po śmierci Staszka radziłam sobie sama. Opłacałam rachunki, robiłam zakupy, chodziłam na spacery nad Łyną, w niedzielę na mszę do katedry. Przez trzydzieści osiem lat pracowałam na poczcie – sortowałam, podawałam, liczyłam, dźwigałam paczki. Nie byłam kobietą, która się poddaje.
