Przez pierwszy miesiąc po pogrzebie funkcjonowałam na autopilocie. Chodziłam do pracy w urzędzie miasta, jak co dzień od dwudziestu sześciu lat. Wracałam do pustego mieszkania na osiedlu Pojezierze, robiłam herbatę, siadałam w fotelu Bogdana i patrzyłam w ścianę.
Córki dzwoniły codziennie – Agata z Gdańska, Patrycja z Warszawy. Obie chciały przyjechać, pomóc. Mówiłam, że dam radę. Nie dawałam rady, ale tego nie umiałam powiedzieć na głos.
