Miałam pięćdziesiąt trzy lata i dopiero uczyłam się, jak to jest, kiedy dzwoni telefon i nikt po drugiej stronie nie pyta, czy zjadłam obiad. Tata – Stanisław – chorował od półtora roku. Rak płuc, nieoperacyjny.
Przez ostatnie miesiące opiekowałam się nim sama w jego mieszkaniu na osiedlu Leśnym w Olsztynie, bo brat Grzegorz mieszkał pod Wrocławiem i przyjeżdżał raz w miesiącu na weekend.
