Miałam pięćdziesiąt trzy lata i dopiero uczyłam się, jak to jest, kiedy dzwoni telefon i nikt po drugiej stronie nie pyta, czy zjadłam obiad. Tata – Stanisław – chorował od półtora roku. Rak płuc, nieoperacyjny.
Przez ostatnie miesiące opiekowałam się nim sama w jego mieszkaniu na osiedlu Leśnym w Olsztynie, bo brat Grzegorz mieszkał pod Wrocławiem i przyjeżdżał raz w miesiącu na weekend.
Mój mąż Adam pomagał, jak mógł – przywoził zakupy, zamieniał pościel – ale to ja zostawiałam pracę w aptece wcześniej, ja nocowałam na kanapie obok jego łóżka, ja trzymałam go za rękę, kiedy bał się zasnąć.
Kiedy weszłam do kancelarii notarialnej trzy dni po pogrzebie, byłam spokojna. Wiedziałam, co tata zapisał – mówił mi o tym otwarcie. Mieszkanie dla mnie, bo to ja się nim opiekowałam. Działka pod Olsztynem dla Grzegorza. Oszczędności – pół na pół. Proste, sprawiedliwe, bez niespodzianek.
Notariusz – starszy mężczyzna w okularach, uprzejmy, rzeczowy – poprosił mnie, żebym usiadła.
←PoprzedniNastępny→