Powinnam się zdziwić. Ale ja się nie zdziwiłam. Zbyszek wyjechał z Częstochowy dwadzieścia dwa lata temu, kiedy dostał pracę w firmie budowlanej pod Wrocławiem. Miał wtedy trzydzieści lat, ja dwadzieścia pięć.
Mama odprowadzała go na dworzec z torbą pączków na drogę i łzami w oczach. “Jedź, synku, jedź, tam będzie ci lepiej” – powtarzała. Wierzyła w to szczerze. Ja też wtedy wierzyłam, że odległość to jedyny powód, dla którego brat przestanie dzwonić.
