Działkę pod Siedlcami tata kupił w latach dziewięćdziesiątych. Niewielka, może osiem arów, ale z domkiem, studnią i sadem, który mama potem rozbudowała o grządki z truskawkami i porzeczkami. Po śmierci taty dwanaście lat temu działka stała się dla mamy całym światem.
Jeździła tam autobusem trzy razy w tygodniu, nawet zimą, żeby sprawdzić, czy rury nie zamarzły. Ja pomagałam w weekendy – kosiłam trawę, naprawiałam płot, woziłam ją samochodem, kiedy autobus odwołali.
Dariusz przez te lata pojawił się na działce może pięć razy. Zawsze z miną człowieka, który robi łaskę. Raz nawet powiedział mamie, że mogłaby to sprzedać i kupić sobie coś ładnego. Mama spojrzała na niego tak, że więcej nie poruszał tematu. Przynajmniej przy mnie.
Potem coś się zmieniło. Jakieś dwa lata temu Dariusz zaczął dzwonić do mamy częściej. Przyjeżdżał co kilka tygodni, przywoził ciasto z cukierni, siadał z nią na kanapie i rozmawiał godzinami. Mama rozkwitała. Powtarzała mi – Dariuszek się zmienił, Dariuszek dojrzał, Dariuszek wreszcie zrozumiał, co jest ważne. Cieszyłam się. Naprawdę.
←PoprzedniNastępny→