Rano Mirosława stała na peronie. Plecak, torba z dokumentami, paczka listów po dziadku. Serce rwało się, ale ręce trzymały pewnie.
Siergiej nie przyjechał. Nie zadzwonił. Jelena Pawłowna pewnie ugotowała kaszę, jak zawsze o ósmej, i ze złością prychnęła, kiedy syn odmówił jedzenia.
Pociąg podjechał i Mirosława weszła do wagonu. Zrobiła krok w nowe życie.
Teraz stała na balkonie swojego nowego mieszkania — stary blok, odłażące płytki, ale widok na klasztorne kopuły. W Sergijew Posad wiosna pachniała czeremchą i świeżą ziemią.
Mieszkała tu już dwa tygodnie. Spała źle, ale budziła się wcześnie — i pierwszy raz od wielu lat czuła: jest u siebie. U siebie.
Mieszkanie okazało się lepsze, niż się spodziewała: dwupokojowe z balkonem, solidne, choć umeblowane jak w latach 80. Zwinęła dywany, wyrzuciła szafki, zdjęła portret Breżniewa z gwoździa. W kuchni elektryczny czajnik buczał jak samolot, ale woda się w nim gotowała — i smakowała jak wolność.
Pierwszy tydzień — tylko spała i piła kawę. Drugi — dzwoniła po pracodawcach. Znalazła się szkoła w sąsiedniej dzielnicy, szukali nauczycielki języka rosyjskiego. Wczoraj wzięła pierwszą uczennicę na korepetycje.
Siergiej nie dzwonił. Wcale. Zniknął, jakby go nigdy nie było. I najgorsze było to, że było jej wszystko jedno.
W trzecim tygodniu telefon zawibrował.
— Halo?
— To ja — zmęczony, cichy głos. — Siergiej.
Milczała.
— Pomyślałem… Może niepotrzebnie tak od razu wyjechałaś? Przecież tyle lat razem…
— Od razu? — uśmiechnęła się krzywo. — A gdy twoja mama rzuciła we mnie kapciem, bo chciałam mieć dzieci — to jak było? Delikatnie?
Westchnął.
— Wiedziałaś, jaka jest… Ciężko przeżywała śmierć ojca.
— A ja ciężko przeżywałam brak wsparcia. I wiesz, Sierioż, zrozumiałam: całe życie żyłam w cudzym domu. A teraz — w swoim. Choć obdrapanym, choć bez ciebie, ale swoim. I jest mi spokojnie.
Pauza.
— Chciałem przyjechać. Zobaczyć mieszkanie. Zobaczyć ciebie. Może jeszcze da się coś uratować.
— Przyjedź. Ale sam. Bez mamy. I mieszkania nie zobaczysz — ono nie jest dla gości. Ono jest dla mnie.
— Stałaś się okrutna.
— Nie, Sierioż. Po prostu przestałam być wygodna.
Wieczorem jednak przyjechał. Z pudełkiem czekoladek i miną uczniaka przyłapanego na paleniu.
— Mogę wejść?
— Nie. Ale pogadać możemy. Na ławce. Pięć minut.
Usiedli. Miętosił pudełko jak talizman.
— Tęsknię. Tam wszystko jakieś… nie takie bez ciebie…
— Sierioż, tęsknisz nie za mną, tylko za tym, że chroniłam cię przed twoją matką i przed życiem. Wyjechałam nie dlatego, że cię nienawidziłam, tylko dlatego, że pokochałam siebie.
Opuścił głowę.
— Mógłbym spróbować wszystko zmienić.
— Za późno. Ja już zmieniłam wszystko sama.
Wstał, odszedł kilka kroków, wrócił:
— A jeśli jednak się odważę? Powiem mamie „dość”? Dasz szansę?
Patrzyła długo. Potem uśmiechnęła się.
— Dam. Ale tylko jeśli zrozumiesz: będziesz mieszkał nie z żoną, która pomaga twojej mamie, lecz z kobietą, która ma mieszkanie, pracę, wolność i godność. Udźwigniesz to?
Skinął — niepewnie.
Zamknęła drzwi. W piersi miała lekkość. Już nikt jej nie złamie.
Miesiąc później złożyła wniosek o rozwód. Siergiej nie przyjechał. Przysłał tylko dokumenty i karteczkę: „Miałaś rację. Wybacz”.
Włożyła dokumenty do teczki obok dyplomu. Jako przypomnienie: dała radę, zdecydowała się, uratowała się.