— Nie. Ale jeśli wolisz, możemy urządzić rodzinny wieczorek u notariusza — herbatka, spadek. Tylko tym razem to ja jestem gospodynią. I szampon będzie kosztował tyle, ile ja zdecyduję.
Siergiej patrzył, jakby pierwszy raz zobaczył w niej żywą istotę. Nie pomocnicę mamy, nie pośredniczkę w sprawach rodzinnych — kobietę, która może odejść.
— Ty zwariowałaś, Mir! Wyjechać tam, sama? A ja?
— Możesz pojechać. Ale pod warunkiem: mama nie jedzie. Ani na jeden dzień. Ani „pomieszkać, dopóki remont”. Tylko my. Albo ja sama.
— Stawiasz mnie przed wyborem między żoną a matką?
— Nie. Sam się tam postawiłeś, sześć lat po cichu połykając, jak nazywała mnie „darmozjadem”.
Odwrócił się do okna. Szła sąsiadka z śmieciami. Wszystko wyglądało zwyczajnie, poza tym, że w jego życiu właśnie coś pękało.
— Nie róbmy gwałtownych ruchów. Może tam w ogóle nie ma mieszkania… Pojedziemy, zobaczymy. A potem wrócimy.
— Nie. Ja tam zacznę od nowa.
— Od nowa? Sama? Bez pracy? Myślisz, że ktoś na ciebie czeka?
— Sierioż, ty zawsze byłeś miękki. Ale teraz jesteś po prostu tchórzem. A ja już się nie boję. Nie chcę zestarzeć się w trzypokojowym mieszkaniu z twoją mamą, która codziennie przypomina mi, że jestem zbędna.
Już otworzył usta, żeby coś powiedzieć — i wtedy, jak na zawołanie, rozległo się pukanie do drzwi.
— Otwórz! To ja! — głos za drzwiami był tak znajomy, że nie miało sensu z nim dyskutować.
Mirosława spojrzała na męża.
— Sam mówiłeś: nie ruszaj mamy. To proszę, idź i załatw to.
Niechętnie wstał, sięgnął do zamka, przekręcił.
— A czemu to zamykacie drzwi, jak przed wrogami? Albo może już przede mną się chowacie? — Jelena Pawłowna weszła do mieszkania jak dyrektorka teatru na generalnej próbie. — Sierioża, kupiłam twoje ulubione. Ragout z wątróbki, pamiętasz? A tu u was chyba święto — czajnik gwizda. Mirosława, czemuś ty taka?
— Pakuję się — odparła krótko. — Wyjeżdżam do Siergijewa Posadu. Na zawsze.
Reklamówka w rękach teściowej opadła, jak ryba na słońcu.
— Co?! Po co niby?!…
— Mam tam teraz mieszkanie. Po dziadku. I zaczynam wszystko od nowa. Bez… — zacięła się, przełknęła ślinę, — bez presji.
— A Sierioża? Pomyślałaś o nim? On będzie pracował, a ty będziesz się tam lenić na piecu? Albo sąsiadów kusić, póki mąż haruje w Moskwie?!
Mirosława zamknęła oczy. Ręce drżały, ale głos brzmiał pewnie:
— Pomyślałam o sobie. Pierwszy raz od sześciu lat.
— Ty… — Jelena Pawłowna zrobiła krok do przodu, i wtedy stało się coś niewiarygodnego — Siergiej stanął między nimi.
— Dość, mamo.
Obie zamarły.
— Co powiedziałeś?
— Dość. Nie naciskaj. Nie krzycz. Nie obrażaj. Ona wyjeżdża — i może to dobrze. Nie wiem. Ale mam dość bycia między wami.
— Czyli ty ją popierasz?! Ona niszczy rodzinę! — głos matki przeszedł w pisk.
— Mamo, my już dawno nie mamy rodziny. My po prostu od dawna żyjemy z przyzwyczajenia.
Odwrócił się do Mirosławy.
— Jeśli chcesz, pojadę z tobą. Jeśli nie — zrozumiem.
Skinęła głową:
— Nie chcę. Dopóki nie dorośniesz.