Kartka papieru drżała w jego dłoniach. To nie było zwykłe szkolne zawiadomienie ani niewinna notatka. W środku znajdował się starannie złożony wydruk ze zdjęciem Hanny — wykonanym najwyraźniej na szkolnym korytarzu. Pod fotografią widniała ta sama złowieszcza czerwona pieczęć i krótki napis: „Wiemy, kim jest twój ojciec. Dziś miałaś przekazać mu kopertę. Inaczej będzie gorzej.” Tomasz poczuł, jak coś w jego wnętrzu pęka. — Haniu… — jego głos stał się niski i przytłumiony. — Kto ci to dał?
Dziewczynka zakryła twarz dłońmi. — Powiedział… że jeśli nie włożę tego do plecaka… zrobi ci krzywdę — wyszeptała, a jej głos się załamał. — Czekał przy bramie szkoły. Nie znam go… Powiedział, że zna ciebie. Tomasz usiadł obok niej, próbując opanować burzę, która rozpętała się w jego wnętrzu. W głowie zaczęły pojawiać się obrazy przeszłości, które przez lata starał się wymazać. — Podał swoje nazwisko? — zapytał ostrożnie. Hanna pokręciła głową.
— Miał ciemny płaszcz… i bliznę na policzku. Powiedział, że zrozumiesz. Blizna. Tomasz powoli zamknął oczy. Lodowate zrozumienie spłynęło na niego jak ciężar. — Łukasz Dąbrowski… — wypowiedział niemal bezgłośnie. To imię zabrzmiało tak, jakby od lat nie pozwalał sobie go wymawiać.
Wiele lat temu, jeszcze przed narodzinami Hanny, Tomasz pracował jako doradca finansowy w dużej firmie inwestycyjnej. Odkrył wtedy mechanizm prania pieniędzy, w który zamieszany był jego wspólnik — Łukasz. Tomasz złożył zeznania. Proces był głośny. Dąbrowski trafił do więzienia. A teraz — po latach — cień przeszłości stanął przy bramie szkoły jego córki. Hanna spojrzała na niego przerażonym wzrokiem. — Tato… to przeze mnie?
— Nie — odpowiedział stanowczo, przyciągając ją do siebie. — To przeze mnie. I nie pozwolę, żeby ktokolwiek cię wykorzystywał. Wstał. Jego ruchy stały się precyzyjne i zdecydowane. Panika ustąpiła miejsca chłodnej koncentracji. — Pojedziemy w jedno miejsce — powiedział spokojnie. — Będziesz blisko mnie. I dziś to się skończy. Pół godziny później siedzieli już w samochodzie. Tomasz wybrał numer, który przechowywał przez lata, mając nadzieję, że nigdy nie będzie musiał z niego skorzystać. — Inspektor Nowicki? Tu Zieliński. On wrócił.