Jarzeniówki w szpitalu St. Mary’s w Chicago cicho brzęczały, rzucając sterylną poświatę na salę porodową. Moje ciało drżało z wyczerpania, ale w moich ramionach spoczywał najwspanialszy mały chłopiec, po zastosowaniu. Obok mnie, w kołysce, jego siostra bliźniaczka cicho pojękiwała, jakby chciała mi pamiętać, że ona też tam jest.
Być najszczęśliwszą chwilą w moim życiu. Dwa cuda, dwa nowe do życia, dwie maleńkie piersi, które pewnego dnia będą moje. Ale cisza w pokoju była ogłuszająca. Nikt nie wbiegł z kwiatami, w powietrzu nie było wiwatów ani śmiechu. otworzyć sama.
