W dniu, w którym odwoziłem żonę na porodówkę, poznałem jej byłego adoratora, który również przyprowadził swoją żonę na poród. Oboje dzieci miały pewne dziwne cechy wspólne.


Deszcz bębnił o dach szpitala, gdy pędziłem po Emily, moją żonę, trzymając się za brzuch. Winda zepsuła się podczas burzy z piorunami, więc wniosłem ją na sześć pięter, czując pieczenie w ramionach przy każdym kroku. Na oddziale położniczym unosił się zapach jodyny i deszczu. Pielęgniarki pospiesznie nas wprowadziły; Ly zniknęła w sali porodowej numer 5.
Zapinając guziki niebieskiej sukni, którą mi dali, zamarłam. Obok siedziała znajoma twarz.