Śmiech rozbrzmiał głośniej niż plusk.
Na sekundę wszystko zamarło – muzyka, gwar rozmów, nawet światełka drżące na zimnym, jesiennym wietrze. Biała suknia lgnęła do mnie jak mokry duch, lodowata woda zapierała mi dech w piersiach. Wokół marmurowej fontanny goście łapali oddech, niektórzy zakrywali usta, inni niezręcznie udawali, że odwracają wzrok. Ale ja widziałam tylko jego – Ethana – mojego nowego męża, zgiętego wpół ze śmiechu, a jego drużba poklepywał go po plecach, jakby to był najlepszy żart wieczoru.
