Ben i ja mieliśmy ośmioro dzieci – pięć dziewczynek i trzech chłopców – i nasz dom zawsze był pełen hałasu, chaosu i życia. To było wyczerpujące, ale kochałam każdą sekundę.
Kiedy nasi synowie podrośli, Ben zaczął zabierać ich na specjalne, ojcowskie wycieczki do ustronnego domku w lesie, miejsca, które odziedziczył po dziadku. Stało się to ich tradycją.
Pięć lat temu stałam na zewnątrz i machałam, gdy wyjeżdżali na jeden z takich weekendów.
