— Czy wy w ogóle macie sumienie?! Przecież kupiłam te produkty na święto dla dzieci!

Maria długo stała w kuchni, wpatrując się w zlew pełen brudnych naczyń. Woda nawet nie płynęła — nie zauważyła, że trzyma rękę na kranie. W domu panowała cisza, ale nie była to cisza spokojna. Była ciężka, dusząca, wypełniona echem cudzych głosów, zapachem jedzenia i poczuciem, że po raz kolejny została wykorzystana. Powoli odwróciła się i spojrzała na lodówkę. Półka, na której jeszcze wczoraj stały jogurty dla dzieci, była pusta. Zniknął ser, wędlina, owoce, ciasteczka, a nawet część produktów kupionych specjalnie na święto. — Tomaszu… — powiedziała cicho, ale w jej głosie było już drżenie. — Podejdź tutaj. Tomasz wszedł do kuchni i od razu wszystko zrozumiał. Bez słowa otworzył lodówkę, zajrzał do środka, zamknął ją. Po chwili otworzył ponownie — jakby liczył, że coś się jednak pojawi.

— To już przesada — wyszeptała Maria. — Powiedz mi szczerze… czy to jest normalne? Usiadł przy stole, ciężko opuszczając ramiona. — Ja… nie wiem — odpowiedział. — To przecież rodzina. — A ja kim jestem? — zapytała ostro. — Nie jestem rodziną? Nasze dzieci nie są rodziną? Tomasz milczał. A to milczenie bolało bardziej niż jakiekolwiek słowa. — Przygotowywałam się cały tydzień — ciągnęła Maria, nie kryjąc już emocji. — Kupowałam jedzenie, planowałam, myślałam o dzieciach. A oni przyszli i po prostu wszystko zjedli, nawet nie pytając.

Następny→

Leave a Comment