Drzwi za Izabelą zamknęły się cicho. Tak cicho, że ten dźwięk niemal zginął w echu samolubnego śmiechu Adriana. Na zewnątrz panował chłodny wieczór. Niebo nad miastem ściemniało, a pojedyncze światła w oknach odbijały się w mokrym asfalcie po niedawnym deszczu. Izabela zatrzymała się na chwilę przy schodach. Nie drżała. Nie płakała. Nie wyglądała na złamaną. Po prostu wyjęła telefon. Na ekranie widniała wiadomość wysłana jeszcze rano. „Jeśli podpisze, uruchamiamy wszystko.” Izabela nacisnęła przycisk połączenia. — Już podpisałam — powiedziała spokojnie. Po drugiej stronie odezwał się znajomy głos. — W takim razie wszystko zacznie się za godzinę. Rozłączyła się i powoli ruszyła w stronę samochodu. W tym samym czasie Adrian Nowak czuł się jak zwycięzca. Siedział przy stole w kuchni i leniwie obracał w dłoni kieliszek z whisky. — No proszę… — mruknął do siebie. — To było łatwiejsze, niż myślałem. Wziął dokumenty i zaczął przeglądać strony. Podpisy były dokładnie tam, gdzie trzeba. Izabela Kowalska oficjalnie zrzekła się domu. Majątku. Wszystkich praw. Adrian uśmiechnął się z zadowoleniem. — Mój dom… Wstał i przeszedł się po kuchni, przesuwając dłonią po marmurowym blacie. Lubił to uczucie zwycięstwa. Ale dwadzieścia minut później jego telefon zadzwonił. Na ekranie pojawiło się imię. Mecenas Piotr Lewandowski. Jego adwokat. Adrian odebrał, wciąż się uśmiechając. — No i co, mecenasie? Wszystko poszło idealnie. Ale głos w słuchawce nie brzmiał jak zwykle. — Adrian… jesteś teraz w domu? — Tak. A co? Chwila ciszy.
Następny→