— Aniu, dlaczego znowu nie posprzątałaś po śniadaniu? — głos teściowej przeszył ciszę kuchni niczym nóż. Stałam przy zlewie, z rękami zanurzonymi w pianie, a mimo to czułam się, jakbym była zupełnie naga, wystawiona na jej krytyczne spojrzenie. Mój mąż, Tomek, siedział przy stole i udawał, że czyta gazetę, ale widziałam, jak jego palce nerwowo bębnią o blat.
To miał być nasz pierwszy wspólny urlop z teściową nad Jeziorem Lipno. Mieliśmy odpocząć, nacieszyć się sobą, pozwolić dzieciom biegać po trawie i łowić ryby. Ale już pierwszego dnia czułam, że coś jest nie tak. Teściowa, pani Halina, od początku zachowywała się, jakby to ona była gospodynią, a ja tylko nieudolną pomocą domową. Każde moje działanie komentowała, poprawiała, a czasem wręcz jawnie krytykowała.
— Mamo, daj spokój, Ania przecież sprząta — próbował czasem wtrącić Tomek, ale jego głos był cichy, niepewny. Wiedziałam, że nie chce konfliktu. Zawsze tak było. Zawsze stawał po stronie matki, nawet jeśli wiedział, że nie ma racji.
Wieczorem, kiedy dzieci już spały, usiadłam na tarasie z kubkiem herbaty. Słyszałam, jak w salonie teściowa rozmawia z Tomkiem. — Ona nie potrafi nawet dobrze ugotować ziemniaków. Jak ty z nią wytrzymujesz? — mówiła. Tomek milczał. Czułam, jak łzy napływają mi do oczu. Czy naprawdę jestem aż tak zła? Czy naprawdę nie zasługuję na szacunek?