„Nie mów mi, co wypada po śmierci twojej babci” — powiedział dziadek Jan, a jego głos drżał tak, jak nigdy wcześniej. Stałam przy stole, obok moja mama Ewa ściskała w dłoni chusteczkę, a wujek Piotr już miał na ustach te swoje ostre słowa. Dziadek nie usiadł nawet. Stał w płaszczu, jakby przyszedł tylko po to, żeby nas uciąć jednym zdaniem.
Babcia Maria zmarła zimą. Cicho. Po czterdziestu latach małżeństwa. Pamiętam jej ręce pachnące mydłem i koprem, pamiętam, jak dziadek nosił jej herbatę do łóżka i mówił: „Marysiu, jeszcze będzie dobrze”. A potem nie było.
Po pogrzebie wszyscy kręciliśmy się wokół dziadka. „Tato, przyjedź do nas” — prosiła Ewa. „Dziadku, nie siedź sam” — mówiłam ja. On kiwał głową, ale zostawał w swoim domu. Uparty. Dumny. Jak zawsze.
I wtedy pojawiła się Krystyna.
Sąsiadka zza płotu. Zawsze była „ta miła pani”, co pożyczała cukier i pytała, czy pomóc. Na pogrzebie stała z boku. Potem zaczęła przychodzić częściej. Zupa. Zakupy. „Janku, zjedz coś”. Najpierw byliśmy wdzięczni. Potem zaczęliśmy szeptać.
„Za szybko się kręci” — syknęła ciotka Halina na rodzinnej kawie. „To poluje na dom”.
Mama uciszała: „Dajcie spokój, on ma prawo do pomocy”.