Spotkanie w supermarkecie
W momencie, gdy drzwi automatyczne się otworzyły, do supermarketu wkroczyła dziewięćdziesięcioletnia kobieta. Oparła się o zużyty kijek, jakby był jej ostatnią deską ratunku. Każdy krok przysparzał jej wielkiego trudu; plecy bolały, a kolana drżały. Mimo to spis potrzeby — chleb, masło, herbata, zupa — był dla niej sprawą życia i śmierci. Zawsze radziła sobie sama, nawet teraz.
Kiedy w sklepie zrobiło się tłoczno, kosze się obijały, wózki skrzypiały, a skanery cenowe piszczały. Powoli przeszła przez jasne alejki, a srebrne włosy wydobywały się spod kraciastego szala. Wyciskała oczy na etykiety i mruczała liczby pod nosem. Chwyciła bochenek chleba i wypuściła oddech z ulgą, widząc najtańszą markę. Jednak przy masle—obróciła go w dłoniach, spojrzała na cenę i westchnęła. Niezbędne artykuły stawały się luksusem.
Upadek, który nikomu nie przeszkadzał
Pod koniec alejki zaczepiła dużym palcem o krawędź wycieraczki. Ból przeszył ją jak błyskawica. Kijek wyleciał jej z rąk. Osunęła się na chłodne płytki, a cichy jęk zatonął w hałasie sklepu.
Kilka głów odwróciło się w jej stronę, ale po chwili znów stracili zainteresowanie. Kobieta kontynuowała wybieranie smaków jogurtu, a mężczyzna, stojąc na końcu regału, wpatrywał się w telefon. Ktoś zawahał się, zmarszczył brwi i przeszedł dalej. Nie mogąc wstać, opierała się o półkę, próbując odzyskać równowagę, lecz nie udało się. Jej palce drżały, a oczy lśniły. Wyciągnęła rękę, jakby prosząc o pozwolenie na istnienie.
Wokół niej krążyły opryskliwe komentarze niczym szept.