Michał stał z kieliszkiem uniesionym w połowie drogi do ust, jakby czas zatrzymał się dokładnie w tym momencie. Klara ściskała dłoń, próbując zsunąć pierścionek, ale teraz, pod spojrzeniem matki, palce drżały jej jeszcze bardziej. Złoto rozsypane po parkiecie błyszczało szyderczo, a jego dźwięk wciąż zdawał się wisieć w powietrzu.
Elżbieta nie rzuciła się, by zbierać biżuterię. Nie pochyliła się. Nie policzyła niczego. Zrobiła tylko dwa kroki do przodu i zatrzymała się przy stole, tak blisko, że Michał poczuł chłodny zapach zimy, który przyniosła ze sobą z zewnątrz.
— Pijecie z butelki Roberta — powiedziała cicho. Nie było w tym oskarżenia, tylko suchy fakt.
Michał otarł usta grzbietem dłoni, próbując odzyskać pewność siebie.
— Mamo… my… tylko rozmawialiśmy. To nie tak, jak myślisz.
— Rozmawiałeś o mnie jak o „martwym kapitale” — ciągnęła Elżbieta. — O moim mieszkaniu jak o „balastie”. O moim życiu jak o czymś, co można przenieść na wieś, żeby wam nie przeszkadzało. A o moim pierścionku jak o czymś, co się tnie.
Klara spróbowała się uśmiechnąć. Był to mały, krzywy uśmiech, taki, którym zwykle rozbrajała ludzi.
— Mamo, nie gniewaj się… ja tylko żartowałam. Proszę, oddam go.