Milioner wrócił do domu

Richard Lawson, tego dnia, nie powinien był opuszczać swojego mieszkania, zanim nie zapadł zmrok. Czekała na niego kolacja z inwestorami, samochód stał gotowy pod biurem, a w jego teczce czekała gromadka cyfr, przypominających mu o jego tożsamości: człowiek, który nigdy nie zwalniał tempa.

Jednak postanowił wrócić do domu.

Kiedy drzwi windy otworzyły się na korytarzu jego townhouse, nie przywitały go światła ani muzyka. Usłyszał jedynie wstrzymany szloch i niski głos, który uspokajał kogoś, jakby koił przerażone serce.

„Wszystko dobrze… spojrz na mnie. Oddychaj. Tak. Powoli.”

Richard wszedł, trzymając jeszcze teczkę w ręku. Na schodach siedział jego syn, Oliver — ośmioletni, z ciemnymi loczkami i zbyt błyszczącymi niebieskimi oczami — siedział sztywno jak posążek. Na jego policzku można było zobaczyć niewielkiego, ale dostrzegalnego siniaka.

Na kolanach przed nim klęczała Grace, niania. Delikatnie przykładala zimny materiał, jakby to miejsce na chwilę stało się święte.

Gardło Richarda zacisnęło się. „Oliver…?”

Dziecko spuściło wzrok na swoje skarpetki. „Cześć, tatusiu.”

„Co się stało?” zapytał, a jego głos był bardziej ostry, niż by chciał. Strach, gdy się pojawia, ostrzy ton.

Grace lekko uniosła podbródek. Nie drżała, nie szukała wymówek. „To był wypadek.”

„Wypadek.” Richard jednostajnie przyglądał się siniakowi. „Ma ślad na twarzy.”