— Widzisz? Siły mnie opuszczają, a tobie trudno nawet poprawić poduszkę! — głos Walerego brzmiał tak, jakby dyktował notariuszowi swoją ostatnią wolę.
A jednak elektroniczny wyświetlacz termometru zdradliwie pokazywał trzydzieści siedem i dwie dziesiąte.
W milczeniu napuszyłam poduszkę. Walery cierpiał na szeroką skalę — z rozmachem, z teatralną przesadą. Dla mężczyzny każda wartość powyżej trzydziestu siedmiu oznacza, że świat powinien się zatrzymać, ptaki zamilknąć, a żona zamienić się w cichą cień z tacą w rękach.
— Mam dreszcze — poskarżył się, naciągając wełniane skarpety, które wydziergałam mu w zeszłym listopadzie. — Luda, czy kurczak już gotowy? Potrzebuję czegoś gorącego. Organizm domaga się wsparcia.
— Gotuje się, Waler. Jeszcze dziesięć minut.
Przymknęłam drzwi do pokoju, aby nie zakłócać „reżimu łóżkowego” mojego małżonka. W kuchni unosił się zapach gotowanej cebuli oraz niewyczerpanej kobiecej warty, trwającej jakby od zawsze.
Ten zapach prześladował mnie od trzydziestu lat: najpierw pielęgnowałam dzieci, potem mamę, a teraz męża, dla którego każdy przeciąg urastał do rangi dramatu o wymiarach kosmicznych.
Zegar wskazywał 11:00 w sobotę. Za oknem szary listopad 2025 roku; mokry śnieg bębnił o szybę. W takie chwile chciałoby się otulić kocem i z książką zaszyć w ciszy, a nie przecedzać drugi bulion, żeby „tłuszcz nie pływał”.