Dmitrij siedział po drugiej stronie sali, jego uśmiech był pełen pewności. Anna dostrzegała ten uśmiech kątem oka, a jej dłonie mocno ściskały brzuch. On już świętował zwycięstwo — wygodnie oparł się na krześle, założył nogę na nogę i kiwnął do swojego prawnika, jakby Anna przestała istnieć.
Sędzia przeglądała dokumenty, a prawnik Dmitrija szeptał z przekonaniem:
„Dom został zbudowany na środki mojego klienta przed ślubem. Wszystkie dokumenty to potwierdzają.”
Semiën Jegorowicz, siwy mężczyzna z wyraźnymi brwiami, patrzył na prawnika bez emocji. Był bliskim przyjacielem zmarłego teścia i prawie za darmo podjął się tej sprawy. Rzadko się odzywał, lecz gdy już mówił, wszyscy słuchali.

„Siedem lat małżeństwa to również dokument,”
powiedział krótko. Prawnik Dmitrija wzruszył ramionami, odparł:
„Mój klient ma podstawy sądzić, że małżeństwo zostało zawarte z egoistycznych pobudek.”
Anna poczuła, jak jej serce się kurczy. Dmitrij patrzył przez okno. Starała się złapać jego wzrok, ale on odwracał głowę. Jakby jej tam nie było.
Jeszcze pół roku temu gładził jej brzuch i szeptał: „Wkrótce będzie nas troje.” Zawiózł ją na badania, w nocy wybierał wózek dla dziecka. A potem pojechał do jakiegoś Wiktora. Po powrocie stał się obcy. Dwa tygodnie później zmienił zamki i wyrzucił ją na ulicę. W ciąży, w siódmym miesiącu.