Historia Marka i Szczeniaka

Marek pracował w leśnictwie od dwudziestu lat. Widział pożary trawiące setki hektarów, walczył z bezwzględnymi kłusownikami i opatrywał ranne sarny, których oczy pełne były niemego błagania o pomoc. Myślał, że jego serce, hartowane przez mroźne zimy i surowość natury, widziało już każdy odcień cierpienia. Jednak tamtego mroźnego poranka w głębi Puszczy Kampinoskiej, życie przygotowało dla niego lekcję, której nigdy nie zapomni.
Wszystko zaczęło się od dziwnego niepokoju. Las, zwykle kojący i przewidywalny, tego dnia wydawał się gęsty od niewypowiedzianej grozy. Marek zaparkował swój stary, wysłużony terenowy samochód na skraju zapomnianej drogi, którą rzadko kto uczęszczał. Gdy tylko otworzył drzwi, lodowate powietrze uderzyło go w twarz, ale to nie chłód sprawił, że po plecach przebiegł mu dreszcz.
Z oddali, spośród gęstych zarośli, dobiegł go dźwięk. To nie był szelest liści ani trzask łamanych gałęzi. To był cienki, niemal ludzki łzy pełen szloch. Skomlenie tak rozpaczliwe, że Marek natychmiast chwycił latarkę i ruszył w głąb kniei.
Spotkanie na polanie
Przedzierał się przez krzaki, aż dotarł do niewielkiej polany ukrytej pod rozłożystym dębem. Tam, na przemarzniętej, wilgotnej ziemi, siedział on. Maleńki szczeniak, mieszaniec o czarnej jak węgiel sierści, która teraz była posklejana od błota i szronu. Mógł mieć najwyżej sześć tygodni. Jego małe ciałko dygotało tak mocno, że Marek słyszał niemal szczękanie jego zębów.
Ale szczeniak nie biegał w kółko, nie szukał ratunku. Siedział nieruchomo na starym, brudnym worku jutowym. Gdy Marek podszedł bliżej, piesek uniósł głowę i wydał z siebie cichy, ostrzegawczy warkot, który szybko przeszedł w żałosne skomlenie. Przednimi łapkami kurczowo trzymał się materiału, jakby bał się, że ktoś mu go odbierze.
— Spokojnie, maluchu… — mruknął Marek, wyciągając powoli rękę. — Nic ci nie zrobię.
Piesek nie uciekł. On tylko mocniej przywarł do worka. Marek poczuł, jak w jego gardle rośnie gula. Ktoś zostawił to stworzenie na pewną śmierć z zimna, a ten malec wciąż czegoś pilnował. Leśniczy chwycił za róg worka. Był ciężki. I, ku jego przerażeniu, worek lekko drgnął.
Marek poczuł lodowaty uścisk w żołądku. Szybkim ruchem rozciął sznurek wiążący jutę. Kiedy materiał opadł, leśniczy zamarł, a latarka o mało nie wypadła mu z dłoni.