— Wstawaj. Natychmiast. W salonie coś zaszeleściło — nie skrzypnęło łóżko, nie rozległo się jęknięcie, tylko szybki, zirytowany ruch.

— Wstawaj. Natychmiast. W salonie coś zaszeleściło — nie skrzypnęło łóżko, nie rozległo się jęknięcie, tylko szybki, zirytowany ruch. — Tomasz, co ty wyprawiasz… — głos Krystyny zadrżał, ale inaczej niż wcześniej. Była w nim stal. Natalia wyszła na korytarz i oparła się o ścianę. Serce biło równo, dziwnie spokojnie — jakby to, co najgorsze, już się wydarzyło. — Powiedziałem: wstawaj.

— Boli mnie… lekarze… sam widziałeś… — Widziałem nagranie. Zapadła cisza. Długa. A potem — krótki, suchy śmiech.

— Ach, tak… — Krystyna powoli usiadła, spuściła nogi na podłogę. — Kamery, czyli tak. Wstała. Bez podpierania się. Bez grymasów bólu. Poprawiła szlafrok. Tomasz cofnął się o krok. — Ty… — patrzył na nią, jakby widział obcą osobę. — Ty chodzisz. — Oczywiście, że chodzę.

— Mówiłaś… — Mówiłam to, co chciałeś usłyszeć. Natalia weszła do salonu. Krystyna spojrzała na nią z chłodnym uśmiechem. — No? Zadowolona?

— Chciałam tylko znać prawdę — odpowiedziała Natalia. — Prawda rzadko się ludziom podoba. Zwłaszcza takim jak ty. — Jakim? — Tomasz obrócił się gwałtownie. — Ślepym — odparła spokojnie. — Zakochanym. Wygodnym. Przeciągnął dłonią po twarzy.

— Udawałaś. — Dochodziłam do siebie. — Chodziłaś po mieszkaniu. Kradłaś. Podkładałaś moje rzeczy. Kłamałaś mi każdego dnia. — Nie przesadzaj — machnęła ręką. — Pierścionek jest mój. To ja dałam go twojej babci. — To nie daje ci prawa grzebać w rzeczach mojej żony!

— Żony… — skrzywiła się. — Doprawdy. Natalia wolno wypuściła powietrze. — Dlaczego? Krystyna spojrzała jej prosto w oczy. — Bo cię nie lubię.

Po prostu. Bez histerii. — Jesteś zbyt… poprawna. Zbyt pewna siebie. Wszystko wiesz, wszystko umiesz. A on zaczął słuchać ciebie bardziej niż mnie. — To absurd — wyszeptał Tomasz. — To życie — ucięła. — Synowie zawsze odchodzą od matek do żon. A ja nie zamierzałam stracić wpływu.