Aaron Blake znał każdą szczelinę na podłodze szkolnej sali gimnastycznej — nie dlatego, że tam grał, lecz dlatego, że dzień po dniu ją szorował i woskował.
Był woźnym — wdowcem, który samotnie wychowywał swojego siedmioletniego syna, Jonaha. Chłopiec często zasypiał na trybunach, podczas gdy ojciec kończył swoją pracę. Życie Aarona stało się cichym rytmem zamiatania podłóg, dźwigania ciężarów zbyt trudnych do opisania słowami i udawania, że wszystko jest w porządku, choć wcale nie było.Tego popołudnia sala tętniła przygotowaniami do nadchodzącego szkolnego balu. Papierowe lampiony kołysały się pod sufitem, w powietrzu rozbrzmiewał śmiech, a Aaron poruszał się wśród wolontariuszy z miotłą w dłoni, niemal niezauważalny.
Wtedy usłyszał cichy dźwięk — delikatne skrzypienie kółek. Odwrócił się i zobaczył dziewczynkę, nie starszą niż trzynaście lat, zbliżającą się do niego na wózku inwalidzkim.
Miała na imię Lila. Jej włosy błyszczały jak promienie słońca, a choć jej głos drżał z nieśmiałości, w oczach lśniła odwaga.
– Czy umie pan tańczyć? – zapytała.
Aaron zaśmiał się cicho. – Ja? Ja tylko sprawiam, że podłoga się błyszczy.
– Nie mam z kim tańczyć – powiedziała nieśmiało. – Zatańczy pan ze mną? Tylko przez chwilę.
Zawahał się, spoglądając na swój poplamiony uniform, na mop w dłoni i na śpiącego na trybunach syna. Potem powoli odłożył mop na bok. Podszedł, ujął jej dłoń i delikatnie popchnął wózek na środek sali.