Mary zamilkła na chwilę, jakby zabrakło jej słów. Oddychała ciężko, a w jej oczach mieszała się złość z bezradnością. W biurze zapanowała krępująca cisza. Wszyscy udawali, że pracują, ale czułam na sobie ich spojrzenia. Było mi wstyd, ale też — paradoksalnie — poczułam ulgę. Wszystko, co przez lata tłumiłam, wreszcie wypowiedziałam na głos.
Mary zacisnęła usta i powiedziała chłodno:
— Nie poznaję cię. Kiedy Tom przyprowadził cię do domu, byłaś spokojną, porządną dziewczyną. Teraz brzmisz jak obca.
Westchnęłam głęboko.
— Może dlatego, że mam już dość bycia tą „porządną dziewczyną”, która zawsze musi milczeć i znosić wszystko.
Mary uniosła brwi, urażona.
— Teraz takie jak ty tylko narzekają. Kiedyś kobieta trzymała rodzinę w całości, bez względu na wszystko!
— Tak, a ile kobiet z waszego pokolenia zostało samotnych, schorowanych i zgorzkniałych właśnie dlatego, że znosiły zbyt wiele? — zapytałam, patrząc jej prosto w oczy. — Ja nie chcę tak żyć.
Przez sekundę w jej oczach pojawił się cień niepewności, ale zaraz go stłumiła.
— Zniszczyłaś mu życie, Clara! Opuściłaś go, kiedy najbardziej cię potrzebował!
— Nie, Mary. Odeszłam, kiedy zrozumiałam, że nie da się uratować kogoś, kto nie chce być uratowany.