Hanna długo nic nie mówiła. Gładziła Marka

Hanna długo nic nie mówiła. Gładziła Marka automatycznie, jakby ręka działała sama, bez udziału myśli. Kot, jakby wyczuwał, że rozmowa dotknęła czegoś ważnego, siedział nieruchomo. Nie mruczał. Tylko przylgnął do niej bokiem i co jakiś czas unosił głowę, sprawdzając jej twarz.

— A jeśli… — zaczęła i urwała. — Jeśli pan się myli? Jeśli ja po prostu jestem przemęczona?

— Wtedy straci pani kilka godzin na badania — odpowiedziałem. — Ale jeśli nie?

Nie odpowiedziała od razu. Ścisnęła pasek torby, skinęła głową bardziej do siebie niż do mnie.

— Dobrze — powiedziała w końcu. — Pójdę.

Wyszła z gabinetu z Markiem na rękach, nie w transporterze. Kot wyciągał szyję, patrzył na korytarz, na drzwi wyjściowe, po czym zerkał na nią, jakby sprawdzał, czy wszystko w porządku. Mały, uparty strażnik.

Minęły prawie trzy tygodnie. W mojej pracy historie nachodzą na siebie, jedna wypiera drugą, więc niemal o nich zapomniałem. Aż pewnego ranka zadzwonił telefon.